CYFROPOL

język polski przed maturą

KSIĄŻKI OTWIERAJĄ W MAGICZNY SPOSÓB PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ, SĄ PO STRONIE ŻYCIA, NAWET JEŚLI OPISUJĄ ŚMIERĆ. OTWIERAJĄ OCZY KU PRAWDZIE, CHOCIAŻ BARDZO INTENSYWNIE PRZYGLĄDAJĄ SIĘ KŁAMSTWU.  A SŁOWA - TO WODA ŻYCIA, W KTÓREJ JESTEŚMY ZANURZENI I Z KTÓREJ PIJEMY - CIĄGLE NIENASYCENI.

                                                                            

Przed maturą!

JĘZYK POLSKI

Pomysły na lekcje ...

JĘZYK POLSKI

Testy, sprawdziany, ...

JĘZYK POLSKI

Stwórz swoją www

Czy człowiek decyduje o swoim losie? (Król Edyp Sofoklesa) - rozprawka: tekst

Sofokles - strona wyjściowa

Sofokles, Król Edyp

    Fragment trzeci

 

    Edyp

 

        Że nie najlepiej ja sobie począłem,

        Nie praw mi tego i szczędź mi nauki. –

        Bo jakim wzrokiem patrzyłbym na ojca,

        Wstąpiwszy z ziemi do Hadu ogrojca,

        Jakim na matkę? Spełniłem ja czyny,

        Że żaden stryczek nie zmógłby tej winy.

        A czyżby dziadki przy ojcowskim boku –

        Skądkolwiek one – coś dały ochłody?

        Nie dla mnie rozkosz takiego widoku!

        Ni miasto, bogów świątynie i grody!

        Bom ja najwyższą w Tebach dzierżąc chwałę,

        Sam ich się zbawił, gdym miótł złorzeczenia,

        By wygnać zbrodnię i bogów zakałę,

        Choćby z Laiosa była pokolenia.

        Czyżbym ja zdołał takie hańby znamię

        Dźwigając, podnieść ku dzieciom me czoło?

        O nie! lecz raczej podniósł bym me ramię

        Na słuch i ten bym zmiażdżył, by w około

        Szczelnie odgrodzić nieszczęsne me ciało,

        Aby i ucho odtąd nie słyszało;

        I tak pozbawion i wzroku, i słuchu,

        Może bym wytchnął w nieświadomym duchu.

        Czemuś mnie przyjął, szczycie Kiterona,

 

       

        Czemuś nie zabił, by wśród twych pasterzy

        Wieść gdzieś zamarła, z jakiego ja łona!

        Polybie! Moja rzekoma macierzy,

        Koryncie! Czemuż dla złego osłony

        Mnie w pozłociste przybrano tam strzępy?

        Dziś ja nieszczęsny, z nieszczęsnych zrodzony!

        Troiste drogi i leśne ostępy,

        Bory, rozbieżne wśród gęstwin wąwozy,

        Co ojcobójczą posoką sączycie,

        Czy wam świadomym, czy dotąd pomnicie,

        Co ja spełniłem i w jakiej ja grozy

        Zabrnąłem dalej? O śluby, o sromy!

        Nas zrodziłyście, a potem posiewy

        Brałyście od nas i jedne tu domy

        Objęły matki: i żony, i dziewy,

        Z krwi jednej – ojców i braci, i syny,

        I hańby bezdeń wśród ludzkiej rodziny.

        Lecz że te wstydy aż w słowa jąć trudno,

        Przebóg, ukryjcie mnie kędyś w oddali,

        Zabijcie albo w toń morza odludną

        Strąćcie, bym nigdy nie wyjrzał już z fali.

        Bieżcie mnie! Niech się z was żaden nie wzdrygnie,

        Dalej, bez trwogi, bo takiej ohydy

        Żaden śmiertelnik już po mnie nie dźwignie.

 

Fragment pierwszy

                                         

                                              Jokasta

 

                               Bieda, nieszczęsny, to jedno już słowo

                               Rzeknę, a głos ten już będzie ostatnim.

 

                                               Chór

 

                               Dlaczegóż żona w tak dzikiej rozpaczy

                               Precz stąd wybiegła? Edypie? Strach zbiera,

                               Że jaka klęska w milczeniu się zerwie.

 

                                               Edyp

 

                               Niechaj się zrywa; ja jednak mojego

                               Dojdę początku, chociażby był marnym.

                               Tej pono, że jest wyniosłą niewiastą,

                               Mojej nędzoty powstydzić się przyjdzie.

                               Ja zaś, co synem losu się być mienię

                               Dobrotliwego, nie doznam zhańbienia,

                               On to mi matką, a druhy miesiące

                                         Dały mi szmaty i dały szkarłaty.

                                         Wobec tej matki zmiany się nie boję,

                                         Gdy poznam w pełni pochodzenie moje.

 

Fragment drugi

 

O śmiertelnych pokolenie!

Życie wasze, to cień cienia.

Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje

Nad to, co w sennych rojeniach uwije,

Aby potem z biegiem zdarzeń

Po snu chwili runąć z marzeń.

Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,

Jest mi jakby głosem żywym,

Bym żadnego śmiertelnika

Nie zwał już szczęśliwym.

Twe cięciwy miotły strzały

Gdzieś daleko za granice

Zwykłych szczęść i chwały.

Wróżą zmogłeś ty dziewicę,

Ostrzem zbrojną szponów.

Żeś nam stanął jako wieża

Obronna od zgonów,

 

Uczcił w tobie lud rycerza

I wywyższył cię ku niebom,

Byś królem był Tebom.

A dziś kogo większa moc

Klęsk i złego gnębi?

Któż w czarniejszą runął noc

Do nieszczęścia gnębi?

Edypa głowo wysławiona,

Jednej starczyło przystanie

Na syna, ojca kochanie

I jednego łona.

Tekst doc. do wydruku